Można by zacząć, że złe dobrego początki. Jednak tak naprawdę to sam początek z tą grą wcale nie był zły; już samo pudełko zachęca do zajrzenia do środka i zagrania, tym bardziej że temat przewodni to wyścig, a my bardzo lubimy
się ścigać w grach ( tylko w “Montanie” Kuba jakoś nie docenił tego aspektu 😜).

Kolorowe kosteczki w ilości 30 sztuk przekonują każdego wahającego się. Do kompletu w pudełku znajdują się jeszcze karty ruchu, celu, cztery karty etapu oraz bardzo przydatne na początku gry karty pomocy.  Sama rozgrywka jest bardzo prosta, chociaż powiem szczerze, że o wiele prościej jest pokazać niż wytłumaczyć mechanizm tej gry. Generalnie musicie wiedzieć, że kosteczki to ni mniej ni więcej jak tylko zawodnicy, którzy ścigają się do mety. My jesteśmy inicjatorami / trenerami tego wyścigu i staramy się doprowadzić na czoło peletonu odpowiednie kostki – zawodników, zagrywając karty ruchu. I tak jeśli zagram kolor to do przodu biegną wszystkie kości w zagranym przeze mnie kolorze, począwszy od grupy prowadzącej kostki zawsze dobiegają do grupy wyżej. Są też oczywiście karty specjalne, które wprowadzają spore urozmaicenie w grze. Jeśli zdarzy się, że żadna z posiadanych przeze mnie kart mi nie pasuje, mogę pomieszać szyki rywalom (szczególnie w późniejszym etapie gry) przerzucając kości w konkretnej grupie – z wyjątkiem grupy prowadzącej. Ostatnia rzecz, którą mogę wykonać to zagrać moją kartę celu, co jest opłacalne przy dobrym układzie kości, mam wtedy dwa ruchy zamiast jednego, ponieważ poruszam kości zarówno w kolorze jak i wartości wskazanej na karcie celu. Gra przebiega w czterech rundach, wyznaczonych przez karty etapu – po jej odkryciu następuje natychmiast punktowanie danego etapu.

Cóż więc było złego w naszym spotkaniu z tą grą? Uśmiejecie się zapewne, ale to nasze błędy spowodowały, że początkowo nie zapowiadało się na taką przyjaźń. Być może zmęczenie materiału, albo pośpiech w czytaniu instrukcji, a może jakaś rutyna, bo skoro gra rodzinna, to przecież można szybciutko przebrnąć przez te kilka kartek… W każdym razie trochę czasu, czytaj kilka rozgrywek nam zajęło, zanim gra ukazała swój czar i pokazała swoje prawdziwe oblicze.
Jedno, co już od początku bardzo się nam spodobało to specyfika zarządzania kośćmi – nie rzucamy lecz przestawiamy je zgodnie z kartą ruchu. Rozgrywka jest bardzo dynamiczna i nawet w pełnym składzie tury przebiegały sprawnie.

“Rzutem do mety” dostarcza wiele emocji graczom i to bardzo zróżnicowanych emocji: radość, złość, ekscytację czasem rozczarowanie ale przede wszystkim całą grę trzyma w napięciu, jaka pojawi się karta w rzędzie dobierania, kiedy zostanie odsłonięta karta etapu i nastąpi punktowanie no i co najważniejsze, co zrobią inni i czy mi to pomoże, czy też jednak pokrzyżuje moje plany. A propo planów, w tej grze raczej nie liczcie na ich udaną realizację, starajcie się po prostu reagować na bieżąco i pchać do przodu po puchar. Aczkolwiek trzeba przyznać, że Kuba coś tam sobie zawsze planował, modyfikował plany obserwując co się dzieje na stole…i tak naprawdę na dwoje babka wróżyła :).

A najpiękniejsze jest to, że ta losowość w naprawdę dużej ilości i to wcale nie z powodu kości, lecz wszystkich pozostałych czynników gry, absolutnie nie jest męcząca ani tym bardziej frustrująca. “Rzutem do mety” to pozycja dla każdego, my pokazujemy ją wszystkim: dzieciom, rodzinom, młodzieży i dorosłym, początkującym i zaawansowanym graczom i każdy ma taką samą radość z rozgrywki i chce grać kolejne partie.

Kostka kostkę kostką pogania – “Rzutem do mety” Trefl Joker Line

Twoja opinia jest dla nas ważna...

%d bloggers like this: