2-4 osób wiek 10+  ok. 40′-60′

Czy mieliście kiedyś w domu choinkę ze słodkimi ozdobami: pierniczkami, lizakami i cukierkami?
Dziwicie się, dlaczego o choinkę pytam, skoro o grze z piratami ma być mowa? Grając w “Czarną banderę” wrócił do mnie obraz z dzieciństwa, kiedy mama wieszała na choince cukierki czekoladowe w ślicznych złotem lśniących papierkach. A cukierki wtedy pojawiały się w domu tylko na święta…

Któż więc mógł dotrwać do świąt, kiedy te dobroci były w zasięgu ręki. Problem polegał na tym, że wszyscy mieli ochotę na czekoladowe cukierki i często zdarzało się, że sięgałeś po upragnioną dobroć….a w środku była absolutna pustka. Wiesz co się wtedy czuje? Trochę rozczarowanie, bo przecież cukierka brak, jednak nadal masz nadzieję, że jeszcze ci się uda szczęśliwie trafić, więc podejmujesz kolejną próbę.

Przy “Czarnej banderze” czułam się jak dzieciak przed choinką obwieszoną cukierkami. Najpierw podziwiasz, bo wiesz, że to piękno jest wybitne, szczególne, niepowtarzalne. W tej grze zdaje się, że wszystkie elementy są maksymalnie dopieszczone estetycznie. W zasadzie sam widok pudełka i kart już na długo pozostanie w pamięci, chociaż całości dopełnia oczywiście garść żetonów i sama instrukcja. “Czarna bandera” to gra karciana, w której do znanej mechaniki deck building /czyli po naszemu budowanie talii/ autor dołożył elementy pokera, co dało absolutnie efekt świeżości i zachwytu, dokładnie jak z tym cukierkiem, jak Ci się uda go zjeść. Zasady są bardzo proste, dodatkowo każdy gracz otrzymuje kartę pomocy, co wierzcie mi jest przydatne nawet w kolejnych partiach, ponieważ ikonografia w tej grze jest bardzo bogata. Cała gra składa się z 5 lub 6 rund (w zależności od ilości graczy), a w każdej rundzie mamy dwie tury. Obowiązkową – Rozkaz, w której wybieramy jedną z trzech akcji: handel (czyli wymiana karty na monety), rozbój (możemy pozbyć się niechcianej karty z tawerny lub ze swoich kart albo zgarnąć dla siebie skarb) oraz zaokrętowanie (wprowadzamy w swój obszar statku karty piratów, z których oczywiście czerpiemy jakieś korzyści). Druga tura nieobowiązkowa to Rekrutacja, czyli pozyskanie (zakup) nowej karty pirata – w tym przypadku jesteśmy ograniczeni limitami jeden pirat w turze i maksymalnie trzech w rundzie. Kiedy wszystkim skończą się karty na ręce a dobieramy ich tylko 5, runda automatycznie kończy się i następuje podliczenie załóg: tu pojawia się wspomniany wcześniej poker, ponieważ zebrane w rundzie załogi otrzymują punkty w zależności od uzyskanego składu: od pary, przez strita i kolor aż po pokera.

Brzmi nieskomplikowanie i taka też jest rozgrywka, wykładasz karty, coś zyskujesz, kupujesz, zbierasz załogę i oczywiście punkty. Ale wróćmy do cukierka. Dlaczego tak bardzo wbija mi się do głowy to porównanie? Pewnie dlatego, że w zetknięciu z “Czarną banderą” czujesz się jak z tym świątecznym cukierkiem: bardzo Ci się podoba, pragniesz go mieć, rozkosz płynąca z konsumpcji jest jednak zdecydowanie za krótka i za mało intensywna. I w tej grze też tak jest: jest za mało gry. Przede wszystkim zaś mamy do dyspozycji zdecydowanie za mało kart piratów, trzeba sobie powiedzieć uczciwie, że najprawdopodobniej skorzystasz z piratów, których zwerbujesz do czwartej rundy, trzeba więc świadomie ich rekrutować – najlepiej jeśli zapewniają ci możliwość doboru dodatkowej karty. W sześciu rundach wchodzi do gry 40 kart, z czego wprawdzie połowa pozwala Ci na dobieranie dodatkowej karty na rękę, a mimo to duża doza losowości może skutecznie oddalić zwycięstwo.
No i jest jak z tym cukierkiem, totalne rozczarowanie: jak można w typowym deck buildingu doprowadzić do sytuacji w której tylko dwa razy korzystamy ze zdobytych kart? A jednak nadal walczymy o cukierka, nadal siadamy do tej gry i to z wielką chęcią, być może licząc na łaskawszy układ kart, albo dlatego, że pojawia się element nowości w tej mechanice czyli poker. A może dlatego, że wierzymy, że tym razem po prostu się uda. Wybaczamy te niedogodności, zapominamy nawet o bardzo krzywdzącej punktacji po rundzie (różnica trzech punktów często jest już nie do nadrobienia) i rozdajemy karty. Na koniec jeszcze jedno, nikt nie lubi się dzielić choinkowym cukierkiem, i w “Czarnej banderze” jest dokładnie tak samo – im mniej osób przy stole tym lepiej. Życzę Wam powodzenia w poszukiwaniu swojego świątecznego cukierka, czyli wielu wygranych partii w “Czarną banderę”.

Kuba dopowiada
Nie do końca mogę się zgodzić z główną tezą Karoli, o zbyt małej ilości gry w grze. Nie wiem…może dlatego, że ja zasadniczo nie przepadam za słodyczami, więc jak mam przed sobą jakiś wybitny łakoć, to nie wypatruję tego, co może mi popsuć zęby, a raczej szukam tego, co da mi radochę. I tak też jest w Czarnej Banderze.
Mnie osobiście sama rozgrywka przypadła do gustu – owszem, jak to w karciance losowość może popsuć szyki, jednak przy odpowiednim zarządzaniu ręką, można mieć na nią jakiś tam wpływ. To mniej więcej tak samo, gdy sięgamy do torebki z cuksami – niby nie wiemy, jakiego cuksa weźmiemy, ale że jest ich ograniczona ilość, to przy każdym wyciągnięciu po nie ręki, szansa na tego upragnionego jest większa. A w grze jest jeszcze kilka kart znacznie nam to ułatwiających. Natomiast żeby nie było z mojej strony tak różowo – bardzo nie podoba mi się system rozstrzygania remisów układów kart. I tak jak uważam, że sam pomysł włączenia do rozgrywki pokerowych sekwencji jest genialny, tak przyjęcie, że KAŻDA para, trójka czy inny układ podczas porównywania jest sobie równy, uważam za nieporozumienie. Jak para dwójek może być liczona tak samo jak para dajmy na to szóstek? Nie zmienia to mojej ogólnej oceny samej gry, w którą bardzo lubię grać…jednak system remisów to dla mnie zadra, która psuje mi troszkę osobiście przyjemność z rozgrywki. Tak samo, jak dentysta psuje przyjemność pożerania słodkich łakoci….

Pokerowa twarz pirata w “Czarna Bandera” – Lucrum Games

Twoja opinia jest dla nas ważna...

%d bloggers like this: